Zmień język

Nasza witrynę odwiedziło od 30 sierpnia 2008r.

Miłuj swój zbór Drukuj Email
Autor: Marian Biernacki   
wtorek, 09 lutego 2010 00:00

Chwała niech będzie Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi. Poselstwo, z jakim przyjechałem do was na ten wieczór, noszę w sercu już od kilku miesięcy. I kiedy przygotowywałem posługę na ten kongres, próbowałem od niego uciec, bowiem

dzieliłem się już nim w kilku miejscach, stąd też miałem świadomość, że niektórzy, którzy już słuchali tego poselstwa, będą również na tym kongresie. Ale nie udało mi się od niego uciec. Chciałem pozostać wierny temu wewnętrznemu głosowi i dlatego tym poselstwem się podzielę.

Jest ono związane z taką tendencją, z takim zjawiskiem odwracania wartości: że to, co dobre nazywa się złem a to, co złe nazywa się dobrem. I nie dziwi nas takie zjawisko w tym świecie. Ono, jak świat światem, występowało. Więc nie ma zdziwienia, że np. w czasach szkolnych, bo większość z nas to już szkołę ma za sobą, bywało tak, że normalnie rzecz biorąc, pilna nauka jest godna pochwały. Ale wśród rówieśników w szkole - nie za bardzo. I w tym środowisku szkolnym, jeśli ktoś pilnie się uczył, to musiał tak trochę
ściemniać, że jest nie za bardzo przygotowany, bo zaraz mu przypięli łatkę "kujona" i już nie było miło. Albo np. w pracy. Obiektywnie rzecz biorąc solidność, uczciwość w pracy jest godna pochwały. No ale w tym środowisku zawodowym, np. szef wyjeżdża a ty dalej chcesz pilnie pracować, no to nie będziesz mile widziany. Powiedzą : "Co ty, jesteś człowiek szefa? Przecież on wyjechał, chodź tutaj, odpocznij". I jeśli byś dalej chciał pracować i powiedział: "Ja pracuję, bo ja przecież tu przychodzę, żeby pracować", no to za jakiś czas przestajesz być lubiany w tym środowisku. I tak dalej..

Więc tego rodzaju rzeczy w tym świecie nas nie dziwią. Natomiast dziwić nas powinno takie zjawisko, czy podobne zjawisko wśród ludzi wierzących. Wśród ludzi wierzących nie może być tak, że to co jest dobre przed Bogiem, obiektywnie, jest nazwane złem czy traktowane jako złe i odwrotnie. A ja niestety ze smutkiem obserwuję takie zjawisko w naszych zborach, bracia i siostry, że np. chrześcijanin dobrze mówiący o swoim zborze jest uważany za zaślepionego prostaczka, który nie ma zdolności samodzielnego myślenia.
Natomiast chrześcijanin pełen krytyki, buntu, samowoli - taki , który bez skrupułów depcze wszelkie autorytety i świętości , taki uchodzi za człowieka odważnego, dojrzałego, wyzwolonego. Chrześcijanin, który przez całe życie pozostaje wierny swojemu zborowi, uczestniczy we wszystkich nabożeństwach, jest posądzany albo o dewocję , albo o martwą religijność i cielesność. Jest często wyśmiewany. Natomiast chrześcijanin, który szwenda się po zborach, zmienia je jak rękawiczki, taki jest uważany za człowieka niezależnego, prawdziwiewolnego. I ta tendencja mnie bardzo smuci , niepokoi.

Dlatego chcę dzisiaj z wami podzielić się tym rozważaniem, tym poselstwem, które zatytułowałem bardzo krótko: "Miłuj swój zbór" albo mówiąc językiem z wczorajszego, wieczornego kazania: "Miłuj swoją kompanię", bo kompania to taka mała, najmniejsza cząstka armii a zbór to jest ta najmniejsza, lokalna cząstka ciała Chrystusowego Kościoła.

Zacznę od tego co jest dosyć oczywiste, ale potrzebne dla właściwego uchwycenia zagadnienia, że miłość do niewidzialnego Boga wyrażana jest miłością do widzialnego człowieka. Wszyscy wiemy, że związek jaki zachodzi między Chrystusem a Kościołem, to związek miłości. Jak mąż miłuje żonę, tak Chrystus umiłował Kościół. Takie mamy polecenie, jakie Pan nam dał w Swoim Słowie. I o Chrystusie jest powiedziane, że on swój Kościół żywi i pielęgnuje, jak my pielęgnujemy swoje własne ciała, jak się troszczymy o własne ciała. Jak chodzimy na te wszystkie posiłki, jak myślimy o rekreacji, o spacerach itd., żeby nasze ciałko tak w miarę utrzymać w kondycji, no bo je bardzo kochamy. Nawet ten kto patrzy w lustro i mówi: "Już patrzeć nie mogę", tym bardziej jeszcze kocha własne ciało.

I kiedy myślimy o miłości, jaką Chrystus ma do Kościoła, jaką ma do każdego członka tego Kościoła, to nasze serce się rozpływa. Jak myślimy, jak on bardzo nas ukochał, swoje życie za nas oddał . To trzeba wielkiej wyobraźni w dzisiejszym egoistycznym świecie, żeby to uchwycić. Że oto doskonały, niewinny umiera za grzeszników, umiera za tych, na których my byśmy nawet nie chcieli spojrzeć. A on za nas umarł. I kiedy o tym rozmyślamy, kiedy dane nam jest chociaż troszeczkę pojąć, jak wielka jest Jego miłość, w naszym sercu też pojawia się to wzajemne uczucie. I nieraz w naszych pieśniach, modlitwach wyrażamy tę miłość, próbujemy ją jakoś opisać. Ale mamy pewien problem związany z tą miłością, bowiem Pana Boga nie możemy tak jakoś po prostu przytulić, uścisnąć Pana Boga, żeby tak Mu wyrazić jak bardzo Go kochamy. Jak możemy miłować niewidzialnego Boga? Poprzez to - tak Słowo Boże nas naucza - że miłujemy widzialnego człowieka, bliźniego swego, brata i siostrę. Jeśli ktoś mówi: "Miłuję Boga", a nienawidzi brata swego - kłamcą jest. Albowiem ktonie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od Niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego. Więc to jest jasne, prawda?
Najlepszy sprawdzian czy miłujesz Boga: jak miłujesz swojego bliźniego. Nie ma lepszego sposobu .

Teraz przejdziemy do Kościoła i naszego stosunku do Kościoła. Wielu wierzących ludzi nosi w swoim sercu umiłowanie Kościoła Jezusa Chrystusa. Starsi wierzący nieraz śpiewali, i chcą dalej śpiewać: "O jakże kocham Twój najświętszy Boże dom. Ten żywy Kościół z ludzkich duch, zbawionych Twoją krwią". Kochamy Kościół Jezusa Chrystusa, wyrażamy to w swoich pieśniach. Kościół to, jak się okazuje, szerokie pojęcie. Wczoraj brat Edward Czajko nam tutaj zrobił wykład, że Kościół to jest ta część pielgrzymująca, ta, która tutaj dopielgrzymowała do Dziwnówka , ale to także inna część Kościoła - ta triumfująca, ta już uwielbiona, której nie widzimy, osobiście nie możemy poznać. Nawet i tej pielgrzymującej nijak poznać w całości. Ze smutkiem stwierdzam, że wielu z was nie znam. Z jednej strony się cieszę, bo znaczy to, że jest was coraz więcej, że Pan zdobywa nowe serca, pociąga nowe serca. Ale niestety nie znamy się wszyscy osobiście. Mało tego, Kościół to jeszcze ta część, która dzisiaj jest głęboko w świecie. Oni jeszcze może leżą w rynsztoku i my mówimy:"Jakmożna kogoś takiego kochać". W każdym razie jest problem z miłowaniem Kościoła w sensie praktycznym. Dopóki nie uchwycimy ważnej zasady, tak jak tej interpersonalnej relacji, miłości do Boga. Wyrażamy ją miłością do widzialnego człowieka. Tak miłość do tego całego Kościoła, wręcz nieogarniętego dla ludzkich zmysłów, wyrażamy miłością do swojego zboru. Do tej cząstki Kościoła, która jest w twoim mieście, w twojej miejscowości, w twojej wiosce, tam,gdzie żyjesz, mieszkasz na co dzień.

I chciałbym zacząć, mówiąc o tej praktycznej miłości do Kościoła, wyrażanej miłością do własnego zboru, zacząć od sprawy przynależności do zboru, członkostwa w zborze, bo to też jest taka kwestia, którą zdaje się, niektórzy nie rozumieją. Co byśmy powiedzieli o zdrowym mężczyźnie z naturalnym pociągiem seksualnym do kobiet, który się nie żeni z żadną, bo tak jest mu wygodnie. O tak, on kocha kobiety, bardzo lubi z nimi przebywać. Chciałby jedne wakacje z tą, drugie z tamtą, kawkę z tą, obiadek z tamtą. No tak, bo bardzo kocha kobiety, ale się nie chce z żadną ożenić. No bo to pociąga za sobą pewną odpowiedzialność. Co byśmy powiedzieli o takiej parze, która żyje na tzw. "kocią łapę", bo tak jest wygodniej, bo przecież gdy się coś popsuje, to można się rozejść bez żadnych komplikacji, nie trzeba wielu tam tych papierów załatwiać. Po prostu się rozchodzą. Co byśmy powiedzieli? Powiedzielibyśmy: "To są postawy naganne", prawda? Mam nadzieje, że wciąż to są postawy naganne w Kościele Jezusa Chrystusa. Mimo tego, że w tym świecie małżeństwo jest w takiej niełasce, dziś tak niewielu chce pobierać się, zawierać związki małżeńskie. Nawet odnoszę wrażenie, że homoseksualiści dzisiaj o wiele bardziej zabiegają o legalne związki, niż normalne pary heteroseksualne. Oni się dobijają, że chcą to mieć na papierze. Oni chcą tak być w porządku. Małżeństwo jest w wielkiej niełasce i dlatego apostoł Paweł nauczał w I liście do Koryntian - w 7 rozdziale mamy tą naukę. "Jednak ze względu na niebezpieczeństwo wszeteczeństwa niechaj każdy ma swoją żonę i każda ma własnego męża." Oczywiście bierzemy pod uwagę to, że niektórzy mają dar samotności i o tym przypadku tutaj nie mówimy. Ale tam wszędzie, gdzie jest naturalny pociąg, gdzie jest potrzeba partnera, każda ma mieć własnego męża i każdy własną żonę. I tę zasadę możemy także zastosować w kwestii przynależności do zboru. Bo to jest coś takiego jak wszeteczeństwo duchowe, czyli takie wiecie. Wszetecznik duchowy charakteryzuje się tym, jak zresztą i taki zwyczajny, rasowy wszetecznik, że on nie kieruje się żadnymi normalnymi, żadnymi prawami, tylko kieruje się tym, co jemu się chce. I jemu się chce, to robi tutaj. Chce mu się tam, to jedzie tam, bo on tak chce i koniec. Jego własne chcenie. Serce jest dla niego ostatecznym dyrygentem w życiu i to wszystko. I w życiu duchowym też tak może czasem być, że się pojawia wszeteczeństwo duchowe. I do tych, co żyją bez zboru, kochają Kościół, ale nie chcą się wiązać z żadnym zborem i tak sobie to tu, to tam, to moglibyśmy powiedzieć, parafrazując te słowa apostoła Pawła, że ze względu na niebezpieczeństwo wszeteczeństwa duchowego, każdy niech ma swój własny zbór. A dla tych, którzy wciąż zmieniają zbory, trochę tutaj są, potem znowu w jakimś innym zborze, to parafrazując słowa Pana, które kiedyś skierował do Samarytanki, moglibyśmy powiedzieć: "Dobrze powiedziałaś, nie mam zboru, należałaś bowiem już do pięciu zborów a i ten, którego teraz masz nie jest twoim zborem. No bo tylko kwestia czasu i pójdziesz do następnego." Dlatego też wzywam was, bracia i siostry, abyście uporządkowali tę kwestię w swoim życiu - kwestię przynależności, formalnej przynależności do zboru.

A do tych wszystkich, którzy tę kwestię mają uporządkowaną, chciałbym dzisiaj skierować to poselstwo, byście w imię miłości do Boga i miłości do całego Kościoła, miłowali swój zbór - SWÓJ zbór. I parę rzeczy praktycznych, co to znaczy miłować swój zbór:

Po pierwsze, to znaczy być wiernym członkiem swojego zboru w dniach dobrych i złych. Przypomnijmy sobie przyrzeczenie, ślubowanie małżeńskie. Obiecaliśmy swemu partnerowi, że będziemy z nim, że będziemy się troszczyć o niego w dniach dobrych i złych. I jakże często w praktyce to oznacza tylko w dniach dobrych. Dopóki żona czy mąż byli tacy, jak chciałem, dopóki dni są dobre, to jak najbardziej. Ale ja przyszły dni złe: "Wiesz co, jakoś obrzydłaś mi, jakoś tak przytyłaś. Eee, nie, już nie chcę z nią być". Wiecie, coś takiego się dzieje także w tej sferze duchowe, w sferze naszego kontaktu ze zborem. Widzimy coś takiego, jak porzucanie swojego zboru i przenoszenie się do innego. Nawet bracia z Rady Kościoła zrobili niedawno taką konferencję, żeby o tych kwestiach porozmawiać. Takie przenoszenie się: "Pobyłem trochę tu, ale już mi się nie podoba i przenoszę się gdzie indziej". I to szczególnie w naszym środowisku. Zielonoświątkowcy how do you do? Przeważnie my z tego słyniemy. Dobrze tę smutną tendencję ilustruje anegdota - pewno wielu z was już ją słyszało - o pewnym zielonoświątkowcu, który udał się czy wylądował na bezludnej wyspie i założył dwa zbory. I pytają go: "Człowieku, co z tobą? Po co ci tu, na tej bezludnej wyspie dwa zbory?", a on mówi: "Bo to jest zbór, do którego chodzę, a to jest zbór, z którego wyszedłem".Tak się dzieje, że coraz więcej naszych braci i sióstr ma możliwość wskazania co najmniej dwóch zborów: "Tam kiedyś byłem, teraz tutaj jestem". To bardzo smutna historia. "Odchodzę, bo przestało mi się podobać w naszym zborze. Nie chcę już dalej tutaj być, bo się rozczarowałem pastorem czy starszymi zboru". Także zjawisko takiego włóczenia się po zborach: "Wprawdzie członkostwo jest w jednym zborze, ale tak naprawdę w tym zborze rzadko bywam, bo wciąż gdzieś się udaję. W tym tygodniu tam jest dobry kaznodzieja, no to tam jadę. Za tydzień tam jakaś grupa przyjeżdża, więc tam się wybieram i jeszcze ze sobą wezmę kilku, bo wiesz, no u nas to pastor będzie głosił. Przecież my wiemy, co on będzie głosił. Chodźmy tam, zbudujemy się trochę." I tak dalej. No i zjawisko zaniedbywania kontaktu z własnym zborem. Co byśmy powiedzieli o takim mężu, ojcu, który tylko od czasu do czasu wpada do chałupy, żeby zmienić gacie, i żeby zobaczyć czy oni jeszcze wszyscy są w domu. Ale tak to prawie wcale nie zagląda. Powiedzielibyśmy: "To żaden ojciec, żaden mąż". A co byś powiedział o takim chrześcijaninie, co trzy tygodnie, cztery tygodnie potrafi nie być we własny zborze i jeszcze się obraża, kiedy się go napomina i powie: "No człowieku, gdzie ty jesteś". Takie zjawisko występuje i dlatego chciałbym dzisiaj was wezwać: bądźcie wiernymi członkami swojego zboru! W dniach dobrych i złych. Każdy zbór ma takie lata lepsze i lata gorsze. Ma takie nabożeństwa, w których aż człowiek skrzydeł dostaje, ale i takie nabożeństwa, że no nic się nie dzieje, że jest szarzyzna. Takie chwile, kiedy wszyscy pragną wielbić Pana i działają, i dzieją się nowe, wspaniałe rzeczy, i się ludzie nawracają. Takie lata, kiedy nie ma nowych nawróceń, i kiedy nie ma zapału, entuzjazmu, a nawet jakieś konflikty, jakieś problemy. Żadna z sytuacji nie upoważnia nas do tego, żeby opuścić swój zbór. Kiedy są trudne dni, tym bardziej powinniśmy, jeśli jesteśmy wierzącymi ludźmi, powinniśmy się troszczyć, modlić, bojować o swój własny zbór.

Po drugie, "miłuj swój zbór" to dbaj o dobre imię swojego zboru. Wiecie, ze smutkiem stwierdzam, że wielu ludzi, wielu wierzących chętnie opowiada złe rzeczy o swoim zborze: "A człowieku u was to pięknie - 700 ludzi, ale zbór, ja dziękuję. A u nas. U was tak pięknie grają, a u nas. U was, to widzę, tak ładnie wszystko prowadzone, a u nas bałagan." I tak się zaczyna. "Zły to ptak, co swe gniazdo plugawi" - mówi polskie przysłowie. Nie obmawiaj swojego zboru, bracie i siostro. Nie obmawiaj. Nawet jeśli są tam złe rzeczy, które ci się nie podobają, to nie powód, żeby o nich mówić na zewnątrz. Pamiętam, u nas, w wiejskiej chałupie, gdzie się wychowywałem, była na ścianie taka makatka, wyszyta ręcznie. Na niej było napisane: "Nie mów nikomu, co się dzieje w domu". Jest w tym wielka prawda. Nie chodzi tutaj o to, że trzeba być fałszywym i nie opowiadać, kiedy trzeba coś powiedzieć, ale pewna zasada, żeby opowiadać na zewnątrz o tym, co jest dobre. A w każdym zborze jest coś, co można pochwalić. Jeśli już nie
ma nikogo w tym zborze, kogo można by pochwalić, no to jesteś ty przecież. To o sobie poopowiadaj trochę, jak służysz Bogu, jak Go wielbisz, jak
pracujesz, jak ewangelizujesz. Wyrażaj się na zewnątrz tylko dobrze o swoim zborze. I jeszcze jedno, nie przyglądaj się biernie, kiedy słyszysz, widzisz, jak ktoś inny twój zbór obraża. Zareaguj. Kiedy by twoją matkę własną albo żonę ktoś w twoim towarzystwie zaczynał obgadywać, byś siedział bezczynnie? O nie, jak kogut byś skoczył, prawda? Jak, jak możesz. I właśnie chodzi o to, że Panu się podoba, by wierzący człowiek tak kochał swój zbór, żeby dbał o jego dobre imię, i żeby nie pozwalał na obgadywanie swojego własnego zboru.

"Miłuj swój zbór" to po trzecie znaczy, buduj swój zbór. Buduj, dokładaj wszelkich starań, aby budować swój zbór. Popularne staje się takie stanowisko, tzn. dojrzałych chrześcijan, którzy mówią: "Odchodzę, bo się już tu nie buduję". I tak w pierwszym odruchu myślimy: "Ale wierzący. Zorientował się, że tu już więcej się nie może zbudować i idzie tam, gdzie się będzie budował." No, nawet niektórzy mówią: "No niech cię Bóg  błogosławi". Ale to jest fałszywe stanowisko, złe kryterium w ogóle. Bo przecież gdzie mamy powiedziane, że tym się mamy kierować, gdzie to MY się zbudujemy. Przecież Słowo Boże nas uczy innej zasady: On nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i oddać życie za wielu. Przede wszystkim powinniśmy się koncentrować na tym, na ile my możemy wnieść coś pozytywnego
do swojego zboru i zbudować swój zbór. Jak możemy mieć udział w budowaniu swojego zboru, a nie w tym, jak inni mnie budują, bo ja stwierdzam, że inni mnie nie budują, to już mogę odejść. Słowo Boże w wielu miejscach, nie czas żebyśmy je teraz czytali, bo przecież je napotykacie wciąż, gdy czytacie Nowy Testament, wzywa nas do budowania, do postawy, która będzie budować innych .Parę praktycznych rzeczy, to jest powtórka, bo wiem, że zdajecie sobie z nich sprawę. Po pierwsze, najprostsza sprawa to obecność na nabożeństwach. Nawet nie zdajemy sobie sprawy czasem, jak ważne jest to, żeby zwyczajnie być na nabożeństwie, jak to buduje, kiedy człowiek może zobaczyć, że obok są bracia i siostry. Kiedy nie ma nas, to już przez ten sam fakt nieobecności, wpływamy destruktywnie na innych. Bo ktoś oto postanowił, że wreszcie przyjdzie na tygodniowe nabożeństwo. Przychodzi, bo apele były. Przychodzi, patrzy - w niedzielę było 100 ludzi, a teraz jest 30: "Eee, to przecież nie potrzeba wcale przychodzić". 70 ludzi mądrych i nie chodzi w takim razie. Destruktywne, takie wiecie. Kiedyś podróżowałem i wstąpiłem w niedzielę po nabożeństwie do jednego pastora, i zobaczyłem tam coś, co oddaje tę właśnie destrukcję. Otóż, kiedy wszedłem do jego mieszkania stół był zastawiony jedzeniem i przy tym stole siedziało tylko
troje osób: pastor, jego żona i syn. Ja mówię: "Co się stało - takie minorowe miny mają, co się stało?" "Aaa, mieli tu dzisiaj z nami być goście. Umówiliśmy się, przygotowaliśmy się, narobiliśmy tu jedzenia". No i jak myślicie, jakie mogły być nastroje, kiedy było ich tylko troje. O, smutne to było. I tak jest, kiedy ciebie nie ma na nabożeństwach. Tak, możesz wpływać destruktywnie na innych. Kiedy jesteś, już przez sam fakt budujesz. Przez praktyczne zaangażowanie w czasie nabożeństwa. Bynajmniej, nie tylko chodzi o to, żeby może prowadzić śpiew albo kazanie wygłosić, ale przez wszelki udział, gdy jest modlitwa - to się modlisz, kiedy jest śpiew - to śpiewasz. W ilu zborach jest tak, że kiedy jest uwielbianie Boga, śpiew, no to grupa ma już te, wiecie, ten cały "equipment". Grają sobie tak, to mocno brzmi, aż
człowiek siebie nie słyszy i ludzie mówią: "A tam, nie trzeba już tak śpiewać". I patrzysz po twarzach, a oni gdzieś tam o niebieskich migdałach, bo tu muzyka leci. "Buduj swój zbór" znaczy włączaj się we wszystko, co robicie w zborze. Kiedy jest modlitwa, żeby nie było słychać jak mucha lata po kaplicy - módl się, jesteśmy w Kościele Zielonoświątkowym. Oddawanie dziesięciny do własnego zboru to następny element budowania własnego zboru. Są ludzie, którzy oddają wiele na dzieła Boże i nie robią tego na drodze ofiarności, tylko właśnie kierowania swojej własnej dziesięciny gdzieś tam daleko, gdzieś tam na Madagaskar, bo gdzieś tam jakaś misja działa, tam jakaś para-kościelna organizacja, co robi jakieś obozy i tak dalej. I my ich sponsorujemy i oddajemy. A do własnego zboru nie przynosimy pieniędzy. To jest złe. "Miłuj swój zbór" to dziesięcinę oddawaj do własnego zboru. Masz prawo ofiarować co chcesz, jeśli masz, ale dziesięcinę należy do Domu Bożego, do twojego lokalnego zboru, do którego przynależysz. I dzięki temu ten zbór będzie mógł też funkcjonować od tej strony.

"Miłuj swój zbór" to dalej znaczy wspieraj pastora i starszych zboru. "Bądźcie posłuszni przewodnikom waszym i bądźcie im ulegli. Oni to bowiem czuwają nad duszami waszymi i zdadzą z tego sprawę." To jest konkretne wezwanie Słowa Bożego, już wczoraj je słyszeliśmy. Bracia i siostry, źle się dzieje, że tak próbujemy demokrację, równouprawnienie wprowadzać do zborów. I wszelkie poczynania pastora, starszych zboru, jakby posłuszeństwo temu, udział w tym, co oni proponują, uzależnić od tego, czy nam się to podoba czy nie. Czy my stoimy za tym czy nie. I jeśli oni zdecydowali, że robimy nabożeństwo w sobotę a zawsze nie mamy nabożeństwa w sobotę, to my mówimy: "Zaraz, czy oni nas pytali czy mamy mieć nabożeństwo w sobotę? Ja mam inne plany i nie przyjdę." Cóż znaczy to słowo - "Bądźcie posłuszni przewodnikom waszym i bądźcie im ulegli". Ono ma znaczyć praktycznie, że włączamy się, że angażujemy się, że jesteśmy gotowi przestawić swoje rozmaite plany, aby budować swój zbór. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że oto dziecko małe w domu, no może nie takie całkiem małe, mówi do ojca, że umyje samochód pod warunkiem, że będzie mógł ten samochód prowadzić. To powiedzielibyśmy: "Nienormalna sytuacja". Normalnie chłopak bierze i myje samochód z radością, mając te świadomość, że to tata wyprowadzi ten samochód na ulicę i będzie nim kierował. I obojętnie jak będzie kierował. Bo czasem tata prowadzi, no to wiecie, nawet nie można czasem obok siedzieć, bo mama obok siedzi. Trzeba z tyłu siedzieć. I tata prowadzi i tak czasem, jak na skrzyżowanie wjedzie: "Tato, jak ty prowadzisz?" Ale to nie zmienia wcale faktu, że tata dalej prowadzi. Nawet jak czasem, naszym zdaniem, nie za bardzo dobrze prowadzi. Co byśmy powiedzieli o takim żołnierzu, który by powiedział: "No, ja jestem gotów wypełniać rozkazy dowódcy pod warunkiem, że będę mieć wpływ na ich treść. I tylko wtedy, kiedy ja zagłosuję, zgodzę się, że taki będę rozkaz wypełniał. To potem go będę wypełniał." Powiedzielibyśmy: "Człowieku, to nie to towarzystwo. To musisz gdzieś iść, nie wiem, do spółdzielni mieszkaniowej, czy gdzieś do jakiegoś. Tam się głosuje, tam się decyduje czy wycieraczka będzie zielona czy czerwona. I jak kupię zieloną, a ty chciałeś czerwoną, możesz mieć pretensje." Ale w armii tak nie można. Słyszeliśmy wczoraj - Kościół to armia Pana. Jest w niej porządek. "A prosimy was bracia, byście darzyli uznaniem tych, którzy pracują wśród was, są przełożonymi waszymi w Panu i napominają was. Szanujcie ich i miłujcie jak najgoręcej dla ich pracy. Zachowujcie pokój między sobą". Pomyśl, jak miłujesz swojego pastora, starszych swojego zboru, jak ich wspierasz, czy to jest to "najgoręcej", co potrafisz zrobić? Niektórzy pastorzy w naszych zborach mają problem, że wierzący - ich członkowie zboru tak się troszczą o nich, żeby tylko nie popełnili żadnego błędu. Tak starają się patrzeć im na ręce, na wszystko co robią i mówią, żeby czym prędzej wypunktować każdy błąd. W tym są bardzo dobrzy, ale żeby ich wesprzeć dobrym słowem, zachętą, stanąć obok nich, modlić się o nich,
wyrazić im miłość, wyrazić im ten szacunek dla ich pracy, to już nie za bardzo. Wiele lat temu podróżowałem po wschodniej części Polski i ja mam taki zwyczaj, że gdzieś, w jakimś zborze usługuję, to potem, jak jadę w stronę domu to jeszcze gdzieś tak po drodze wpadnę, choćby na kawkę do jakiegoś pastora. I zajrzałem do jednego pastora. I wchodzę do domu - Aaa, jak nie ten dom - pełno kwiatów wszędzie, pastor taki rozpromieniony, jego żona też jak kwiatek. I tak, ja mówię: "Co się stało, co się stało?", a on mówi: "Ej Marianku nie wiesz? Słuchaj, tyle lat już służę w Kościele, nigdy żadnych kwiatów, żadnego słowa dobrego, ale niedawno nawrócili się w naszym zborze jedni ludzie. I oni dziś wytropili, że my teraz mamy 25 - lecie i doszli, że ja już 25 lat służ w naszym Kościele. I zrobili nam niespodziankę, taką uroczystość. Uściskali nas, puchary nam wręczyli, kwiaty nam dali." Słuchajcie, żałujcie żeście nie byli w tej chałupie. Ile tam było radości - z powodu zwyczajnego gestu, jaki się należy naszym przewodnikom. Prosimy was bracia, abyście darzyli uznaniem tych, którzy pracują wśród was.
Bracie i siostro, czy potrafisz w jakiś sposób, czy myślałaś o tym, jak wyrazić swojemu pastorowi, starszym swojego zboru miłość, szacunek z powodu tego ich trudu. Wtedy, kiedy ty sobie wieczorem, w sobotę spokojnie zasypiasz i się niczym nie martwisz, on martwi się co ma jutro postawić na ten zborowy stół, co ma głosić. Ona zachodzi w głowę, on przeżywa dramat, on się modli. Kiedy ty wyjeżdżasz sobie spokojnie na wakacje, on myśli, jak pogodzić te zwaśnione strony, jak uratować to małżeństwo, jak wesprzeć tych ubogich, którzy nie wiedzą jak sobie z tym poradzić, itd. Pomyśl, pomyśl. Zastanów się, czy znasz np. rocznicę ślubu swojego pastora, czy doszukiwałeś się, kiedy on zaczął naprawdę pracę w Kościele. Czy cię to w ogóle interesuje? Jeśli kogoś szanujesz, jeśli kogoś kochasz, to będzie cię to interesować. I nie tylko po to, żeby: "O, tyle już lat pracuje, jak niewiele osiągnął", tylko żeby wyrazić wdzięczność za ten trud, jaki on ponosi. A więc "miłuj swój zbór" tzn. wspieraj swojego pastora i starszych swojego zboru.

Po piąte, "miłuj swój zbór" to znaczy godnie reprezentuj swój zbór. Każdy członek zboru jest reprezentantem swojego zboru na zewnątrz, kiedy chodzi na ulicę, kiedy chodzi do biura, do pracy, gdy jedzie na wakacje. Wszędzie reprezentujemy swój zbór. I chodzi o to, żeby to było godne reprezentowanie, żebyśmy nie przynosili swojemu zborowi wstydu. Kiedy wyjdziemy, wiecie, np. nieestetycznie ubrani, kiedy nie dbamy o higienę osobistą, no to idzie za nami już opinia, że: "Ten zbór to tacy ludzie jak on. Człowieku!" Kiedy idziesz do biura i jakaś urzędniczka, no i jak to urzędniczka, nie chce ci tak załatwić sprawy, jak należy. I jak rozdziawisz tam na nią. i powiesz jej tak, że aż jej w pięty pójdzie - reprezentujesz swój zbór. Potem pastor następnego tygodnia przychodzi załatwić jakąś sprawę: "Dzień dobry, jestem z Kościoła Zielonoświątkowego", a ona: "Aaa" - ona już wie, jaki jest Kościół Zielonoświątkowy, już wie, kto do niego należy, już nie potrzeba za wiele mówić. W miejscu pracy, przez jakość pracy - o tym już mówiliśmy trochę - przez uczciwość, przez gorliwość, szczerość. W ten sposób reprezentujemy swój zbór. A jeśli kogoś kochamy, to nie przynosimy mu wstydu. Więc "miłuj swój zbór" to nie przynoś wstydu swojemu zborowi.

I po szóste, już kończę, "miłuj swój zbór" tzn. chętnie miej udział we wszystkim, co zbór czyni i podejmuj też chętnie odpowiedzialność za codzienne życie zboru. Wiecie, są takie czasy, kiedy ludzie unikają odpowiedzialności, chcą mieć jak najmniej odpowiedzialności, a jak najwięcej komfortu, jak najwięcej wygód. Jest taki nowoczesny styl życia. Niektórzy nazywają go z angielska "dinks" [double income no kids] czyli: "Podwójna wypłata, żadnych dzieci". I taki model jest dzisiaj preferowany. Dwoje ludzi, autko sportowe, dwa miejsca tylko"Bo dzieci przecież nie  planujemy", karty kredytowe i jedziemy Europę zdobywać. Dzieci to jest: "Eee, to przeszkoda w życiu". Taki model dzisiaj istnieje i on niestety przenika także do zborów. Wierzący ludzie też, w tym sensie duchowym, praktycznie tez nie bardzo chcą przyjmować na siebie żadnej odpowiedzialności: "No tak, jestem członkiem zboru, ale uuu, ja mam dużo obowiązków. Ja się, no być może bracie na takiego aszera w zborze" - i takiego pięknego słowa bracia używają. A on mówi: "Wiesz, no ja nie zawsze mogę być, no" - nie chce się w nic zaangażować, no bo jeśli się zaangażuje, to za tym idzie pewna odpowiedzialność i trzeba to wykonywać. Kiedy zbór się rozwija, jak słyszeliśmy to ostatnio, przybywa nowych problemów, trzeba im wszystkim podołać. Więcej ludzi niedojrzałych, okaleczonych w świecie, więcej potrzeb do zaspokojenia. To wszystko trzeba wziąć na siebie. Jeśli miłujesz swój zbór to będziesz brał na siebie, to będziesz z radością wychodził naprzeciw, będziesz pytał: "Pastorze, czy jest coś do zrobienia, czy jest jakieś zadanie, które trzeba wykonać w tym tygodniu? Bo ja mam trochę wolnego czasu i chętnie się w to włączę." Zachęcam was bracia i siostry do takich postaw.

Twój zbór to wielka wartość o charakterze duchowym, to szczególne towarzystwo, to jest cząstka ciała Chrystusa. Nie gardź swoim zborem dlatego np. że jest mały, że on nie ma takiej pięknej muzyki, jak my tutaj mamy na kongresie, nie ma takiego wspaniałego towarzystwa, jak tu na kongresie. No tak, inaczej to wygląda. Nie ma takiej pięknej sali, itd. Nie gardź swoim zborem. Niech twój zbór, choćby nie wiem jak malutki, stanie się dla ciebie obiektem prawdziwej, chrześcijańskiej miłości. Szanuj swój zbór, szanuj towarzystwo tych, może nawet kilku, braci i sióstr, którzy są w twoim zborze. Spędzaj z nimi czas, troszcz się o nich. Miłuj swój zbór, bo taka jest wola Boża. Jeśli miłujesz Pana, miłujesz Jego Kościół. Niech Bóg was w tym błogosławi.

I chciałbym teraz, na chwileczkę, poprosić was o wspólną modlitwę. Abyśmy pomodlili się dzisiaj o to, aby Bóg nam pomógł naprawić swój stosunek do własnego zboru. Może gardziłeś swoim zborem, może stałeś się takim turystą chrześcijańskim, który w różnych zborach bywa i nie szanuje swojego zboru. Może Duch Święty ci dzisiaj pokaże, że coś trzeba zmienić w twoim stosunku do własnego zboru. Pomódlmy się, aby Pan wspomógł nas przez Ducha Świętego, abyśmy mogli to ponaprawiać i byśmy wracając z tego kongresu miłowali swój zbór, jechali tam i mówili: "Zatroszczę się o swój zbór, będę się dokładał, by mój kochany zbór, może którego nie doceniałem tak jak należy, by mógł się rozwijać, by mógł trwać - trwać aż do przyjścia Pana." Pochylmy głowy i zwróćmy się do Pana.

Dosłowny zapis wykładu wygłoszonego podczas Kongresu KZ w Dziwnówku w czerwcu 2004.Za zgodą autora.