Małżeństwo - opcja jedna z wielu, czy jedna jedyna Drukuj Email
Autor: Lidia Czyż   
wtorek, 18 sierpnia 2015 00:18

„Myśl pozytywnie, znajdź w każdej sytuacji jej dobre strony” – zalecają psychologowie, potwierdzając biblijne zalecenie: „Zawsze się radujcie!”. Leżąc więc w łóżku, „powalona” wirusową chorobą, starałam się dostosować do tej rady i dostrzec pozytywne aspekty „chorej sytuacji”. „Nareszcie będę mogła (bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas) oglądać telewizję i poczytać gazety” - pomyślałam. Zatem przez kilka dni mogłam wpatrywać się w ekran i robić prasówki. Moje wnioski były... nazwijmy je „dające wiele do myślenia”. Jeśli świat, jest odbiciem rzeczywistości, a tak niewątpliwie jest, to nasza rzeczywistość jest... no właśnie...

Zaczęłam od końcówki jakiegoś amerykańskiego filmu. Zbuntowana nastolatka krzyczy w twarz nauczycielowi: „Mam mamę, dwie macochy, tatę i ojczyma. Pięciu rodziców, a ich dojrzałość emocjonalna równa jest dojrzałości emocjonalnej mojego psa”. Nauczyciel wyglądał na równie zszokowanego jak ja. No, powiedzmy, że to Ameryka i nieco inne obyczaje, ale czy na pewno tylko tamtejsze dzieci mają po dwie „mamusie” i trzech „tatusiów”? Później oglądałam film dokumentalny. Poruszona rzadkim schorzeniem bohaterów dopiero pod koniec zorientowałam się, że para, o której sądziłam, że są małżeństwem (mieszkali wspólnie od kilku lat w domku, remontowali go, gotowali, sprzątali) właśnie postanawia wziąć ślub.

„To oni nie są małżeństwem?” - zdziwiłam się trochę (a może nawet bardzo) naiwnie. W następnych kilku serialach nie byłam w stanie zorientować się, kto jest czyim mężem i kto kogo z kim zdradza. W wiadomościach wiele mówiono o sporze w sprawie związków partnerskich, jaki toczy się w polskim sejmie i senacie. Wieczorami ulubiony przez Polaków serial. Matka zastaje swojego syna w czułej scenie miłosnej z dziewczyną. Uradowana mama pyta później: „Synku, a kiedy ślub?” -„Mamo, zlituj się!” - mina chłopaka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że uważa rodzicielkę za zacofaną. W następnym ujęciu tego serialu jedna z bohaterek pyta zamężną koleżankę: „A właściwie dlaczego wy wzięliście ślub? Mogliście żyć bez tych wszystkich zbędnych formalności.” Właściwie chyba mogli, a w przyszłości mogliby również bez „zbędnych formalności” się rozstać, zaś urodzone z takiego związku dziecko nocowałoby raz u mamy, raz u taty, tak jak inny nastoletni bohater tego serialu. Po prostu sielanka.

CZY MAŁŻEŃSTWO TO PRZEŻYTEK?

Nie, ja chyba jestem z innej epoki - pomyślałam. Jak na jeden dzień, wystarczy. Lepiej wezmę się za czytanie gazet. Była to jednak „powtórka z rozrywki”. Bohaterami kolorowych czasopism najczęściej są gwiazdy i gwiazdeczki filmowe i muzyczne - idole młodzieży, studentów, młodych bizneswomen i gospodyń domowych. Plotki oczywiście najczęściej dotyczą tego, kto z kim zamieszkał, kto z kim się rozstał lub ewentualnie kto z kim się rozwiódł. Bo idole to postaci często żyjące bez ślubu, ewentualnie po drugim, trzecim rozwodzie. Mężczyźni bez najmniejszej żenady opowiadający o swoim partnerze - mężczyźnie nie są już również żadną nowością, a „związki partnerskie” tej samej płci są także modne wśród kobiet. Czy naprawdę to ja jestem konserwatywna, zacofana, niedzisiejsza i nietolerancyjna? Czy nie nadążam za zmianami, jakie zachodzą w cywilizowanym, liberalnym społeczeństwie? Czy zaliczam się do garstki „ostatnich osób w rezerwacie”, które uważają, że podstawą zdrowego społeczeństwa powinna być rodzina, składająca się z mężczyzny, kobiety i dzieci?

Jeszcze kilkanaście lat temu, jako społeczeństwo, nie mieliśmy takich problemów. Pary żyjące bez ślubu? Owszem, zdarzały się zawsze. Ale brak ślubu nie był traktowany jako standard czy wzór do naśladowania. Zdrady małżeńskie - to również zjawisko bardzo stare, jednak zawsze oceniano je negatywnie, a homoseksualizmu nie traktowano jako powodu do dumy, nawet w starożytnej Grecji. A obecnie? Wręcz zdziwienie budzi normalne, zwyczajne małżeństwo z kilkuletnim, a tym bardziej kilkudziesięcioletnim stażem.

Tak, istnieje wiele, bardzo wiele szczęśliwych małżeństw. I sądzę, że właśnie ta forma relacji międzyludzkich jest właściwa, a nawet najlepsza. Dlaczego? W Biblii czytamy, że Bóg stwarzając człowieka stworzył go jakby z „dwóch części”: jako kobietę i mężczyznę stworzył ich... Pierwszym modelem relacji międzyludzkich był związek mężczyzny i kobiety. Nie grupa kobiet czy grupa mężczyzn, nie jakaś mieszana grupa społeczna, ale właśnie małżeństwo jednej kobiety i jednego mężczyzny. I tę formę relacji międzyludzkich Bóg pobłogosławił. Stwórca nie chciał, żeby człowiek żył samotnie: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam, uczynię mu pomoc, która by była przy nim – powiedział.

ŻYCIE W POJEDYNKĘ? A MOŻE WOLNY ZWIĄZEK?

Zawsze jednak wielu mężczyzn i kobiet żyło samotnie - czy to z własnego wyboru, czy też z konieczności. Liczba osób żyjących samotnie znacząco wzrasta. Coraz częściej to właśnie kobiety świadomie podejmują życie w pojedynkę, bo mąż nie mieści się w napiętym grafiku robienia kariery. Poświęcają się jakiejś idei, pracy, gdyż nie są w stanie pogodzić tego z małżeństwem. A mimo to często mówią, że są bardzo szczęśliwe. Zaś mężczyźni nie żenią się z obawy przed wzięciem odpowiedzialności za inną osobę. Czy jednak kariera potrafi zapełnić potrzebę miłości i akceptami? Wiele z tych osób nawiązuje relacje z partnerami, żyjąc w wolnych związkach, trwających kilka miesięcy lub lat. Po czym związek się rozpada, zaś kobieta i mężczyzna zazwyczaj wkrótce znajdują nowych partnerów. Jednak takie nietrwałe relacje, które można zakończyć, pakując walizkę i wychodząc, nigdy nie dadzą poczucia bezpieczeństwa i pewności, że druga osoba będzie przy nas, gdy nadejdą dni trudne, chwile choroby czy starości. A życie w związkach homoseksualnych? Czy może stanowić alternatywę dla relacji małżeńskich? Biblia jest tutaj jednoznaczna - w kilkudziesięciu wersetach (m.in. Rzym. 1:26-32) sprzeciwia się ostro takim związkom, nazywając je po prostu grzechem. Słowo Boże pokazuje jasno, że jedyny model rodziny może stanowić wzorzec „kobieta - mężczyzna” (Mat. l9:4-6, 1 Kor. 7:2). Rodzina jest oparciem, fundamentem, filarem dla tworzącej ją pary, ich dzieci, ale także dla następnych pokoleń. Dzieci uczą się od rodziców i dziadków, w rodzinie zaspokaja się potrzeby emocjonalne jej członków: potrzebę miłości, przynależności i poczucia wartości. Dziecko pozbawione rodziców traci grunt pod nogami. Czuje się odrzucone, niekochane, bezwartościowe. Nie należy do nikogo. Domy dziecka zwane są bidulami - bo nawet te najwspanialej wyposażone, z najukochańszymi „ciociami”, nie są w stanie dać tego, czego każdy człowiek potrzebuje najbardziej - miłości. Już nawet dziecko wychowane w rodzinie niepełnej, w której brakuje jednego z rodziców, odczuwa jego brak. Brakuje mu wzorca do naśladowania tego, czym dany rodzic najczęściej obdarowuje dziecko. Gdy nie ma mamy - brakuje mu ciepła, przytulenia, kobiecej delikatności, w przypadku braku ojca - dokucza mu brak poczucia pewności, mocnego oparcia.

Wiele wspaniałych, mądrych, cudownych kobiet i mężczyzn jest zmuszonych - z różnych powodów - samotnie wychowywać dziecko. Robią to doskonale, z wielkim poświęceniem, ale jakim ogromnym kosztem to się odbywa! Nie mają z kim dzielić troski o dziecko, o dom, o dzień codzienny. Brak im pomocy i wsparcia najbliższej osoby. Czy tak wygląda ideał?

ROZWÓD - SPOSÓB NA ROZWIĄZANIE KONFLIKTU?

Niejednokrotnie rozstanie męża i żony wymusza sytuacja - śmierć, alkoholizm, przemoc czy inne patologie w zachowaniu współmałżonka. Jednak psychologowie i terapeuci alarmują, że coraz częściej zbyt łatwo ludzie rezygnują z relacji małżeńskich. Rozwód przychodzi zbyt prosto i staje się coraz częstszym sposobem załatwiania małżeńskich nieporozumień. Czasem nawet rozwodzącym się osobom trudno powiedzieć, dlaczego się rozchodzą. A rozwód oznacza cierpienie - dla współmałżonków, a szczególnie dla dziecka. Rozstanie męża i żony zawsze powoduje głębokie zranienia emocjonalne, niejednokrotnie wywołuje depresje i nerwice, szczególnie u osoby, która nie była winna rozpadowi związku. Dzieci zaś martwią się o matkę, a równocześnie tęsknią za ojcem - bo najczęściej zostają z mamą.

„Rozwiedzione dzieci” - taki tytuł nosił jeden z obejrzanych przeze mnie poruszających reportaży. Dzieci w wieku 6-22 lat, wszystkie z rozbitych domów, opowiadając o tym, co przeżyły, wiercą się nerwowo, skubią maskotki, rodzeństwa przytulają się do siebie. Mają poczucie, że to one zostały porzucone.

Dziecko potrzebuje stałości, którą daje obecność mamy i taty. Podstawą bezpieczeństwa dziecka jest małżeństwo rodziców - powtarzają stale psychologowie. A nikt nie może być szczęśliwy, nie mając poczucia bezpieczeństwa. Samotna matka czy ojciec, a tym bardziej kolejny: drugi czy trzeci partner rodzica, nie są w stanie tego zapewnić.

PRZYJAŹŃ PO ROZWODZIE - CZY TO MOŻLIWE?

Coraz częściej podając powód rozwodu, kobiety mówią podobnie jak jedna z bohaterek reality-show: „Pozostaliśmy z byłym mężem w przyjaźni. Zawsze mogę liczyć, że zaopiekuje się córką. To nie był zły związek. Ale ja jestem romantyczką, potrzebuję, by mężczyzna przynosił mi kwiaty, mówił komplementy. Wierzę, że jeszcze znajdę właściwego mężczyznę”. Niestety, ta kobieta nigdy nie znajdzie właściwego mężczyzny, bo problem nie leży w partnerze, tylko w niej samej. Mężczyźni - szczególnie ci, przeżywający „kryzys czterdziestolatka” zbyt łatwo opuszczają swoje żony, dla partnerek dwadzieścia lat młodszych, naiwnie łudząc się, że przez to przedłużają swą młodość.

Moja choroba trwała dość długo, dlatego miałam okazję obejrzeć także programy, które dawały nadzieję na to, że...

MAŁŻEŃSTWO JEDNAK SIĘ NIE PRZEŻYŁO!

Jest ono tą najwłaściwszą, przez Boga wybraną formą relacji. Dyżurujący w studiu doradca rodzinny przez kilka godzin odbierał telefony słuchaczy. Główny problem: „Co robić, by ratować małżeństwo?”. Jak powiedział, ludzie mają straszne dylematy, szczególnie dotyczące życia rodzinnego. Co radził? „Spędzajcie czas razem, pielęgnujcie relację. Umawialiście się przecież na dobre i na złe. Czasami jest źle”.

Słyszeliście lub czytaliście już gdzieś takie rady? Ja znam je nie z poradników i gazet, ale z pewnej mądrej, starej, a wciąż aktualnej Księgi. Małżeństwo oczywiście nie jest relacją łatwą i bezproblemową, ale jeżeli poważnie traktujemy Boga, to musimy poważnie traktować Jego podejście do małżeństwa, a Stwórca widzi męża i żonę jako jedność: a tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Codziennie troszczymy się o wiele rzeczy, kupujemy zdrowe jedzenie, bio-jogurty i witaminy, kobiety (a coraz częściej i mężczyźni) dbają o swoją cerę, wklepując kremy i maseczki, pielęgnujemy nasze samochody, natychmiast lakierując każdą rysę, by ukochany pojazd nie zaczął rdzewieć. A ile czasu i wysiłku poświęcamy rysom w naszym małżeństwie? Czy natychmiast staramy się naprawić każde „wgniecenie”, najlżejszą nawet „rysę” pokrywamy „lakierem miłości”? Czy też czekamy, aż pozostanie nam już tylko wrak, którego nikt i nic nie naprawi i dla którego jedynym miejscem jest złomowisko małżeństw, czyli sala sądowa? W jednym z filmów (kontynuując wątek telewizyjny) bohaterka pyta przysłanego z nieba anioła, co ma zrobić, by na nowo rozpalić ogień miłości w małżeństwie. „Nie pozwól żeby wygasł” słyszy odpowiedź.

Walczmy o nasze małżeństwa, pielęgnujmy je, troszczmy się jak o każdą inną relację czy rzecz w naszym życiu. Bo małżeństwo kobiety i mężczyzny - nawet jeśli ma wiele braków i wad - jest jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie mogły nas w życiu spotkać.

A idealnych małżeństw, idealnych żon i mężów po prostu nie ma. Oni istnieją tylko w naszej wyobraźni. Bo czy my sami jesteśmy idealni? „Małżeństwo to nie jest żadne „fiu -fiu”, ale ciężka praca” - powiedziała pewna pani z długoletnim stażem małżeńskim. Tak, małżeństwo jest relacją, nad którą trzeba wiele i ciężko pracować. Ale ten wysiłek naprawdę się opłaca.


Artykuł pochodzi z czasopisma "Nasze inspiracje". Za zgodą i wiedzą redakcji.