Modlitwa jako ciężki obowiązek Drukuj Email
Autor: Kulec Mirosław   
piątek, 29 września 2017 00:00

Do listy problemów i kłopotów, jakie mają chrześcijanie, można by dodać jeszcze jeden przykry dla wielu obowiązek - modlitwę. Chrześcijańskie życie byłoby takie ciekawe, radosne i miłe bez tej smutnej potrzeby ciągłego myślenia o modlitwie, ale niestety, nagle przychodzi dzień, który oddziela nas od radości ogółu - dzień choroby, cierpienia i smutku. Myślimy gorączkowo o Bożej pomocy i wszelkich obietnicach zawartych na ten temat w Biblii, okazuje się, że potrzebujemy kogoś, kto jest mężem wiary.

Ostatnio zostałem zachęcony do podzielenia się paroma myślami o modlitwie. Tak dużo się o niej teraz mówi. Czasem mam wrażenie, że wielu mówi o tym dlatego, że chce uspokoić coś wewnątrz siebie, coś, co domaga się prawdy na ten temat w ich życiu. Jezus wspomniał faryzeuszy wystających na rogach ulic, by się pokazać. Dzisiejsza dyskusja o modlitwie jest chyba czymś podobnym. Modlitwa faryzeusza zawsze była widoczna, ale rzadko kto widział na nią odpowiedź. Modlitwa człowieka pełnego Chrystusa nie ma być na pokaz.

„Panie Boże, dziękuję Ci za mamę, tatę i zabawki, i za dzidziusia, i za...“ Tu następuje cała lista rzeczy i wydarzeń, które są ważne w życiu małego Daniela, naszego 2,5 letniego synka, i oczywiście należy o tym powiedzieć Bogu. Jest to modlitwa dziecka, nie wymuszona, pozbawiona wszelkiej skomplikowanej procedury ludzi dorosłych. Słysząc ją zaczynam rozumieć, co Jezus miał na myśli mówiąc, abym i ja był jak dziecko.

W roku 1996 przeżywałem wspaniałe chwile razem z młodzieżą zboru zielonoświątkowego we Władykaukazie. W małym domku wyremontowanym własnymi siłami i przy pomocy skromnych środków, dzieci Boże wołały do swojego Ojca. Ulice były pełne uchodźców, przestępczość rosła w szybkim tempie, około 100 km dalej Grozny bronił się przed atakami armii rosyjskiej, wcześniej straszna wojna dotknęła Gruzję, setki ludzi straciło dach nad głową, wielu zrozumiało, że tylko Bóg może im pomóc. Tam właśnie od szóstej rano wołaliśmy do Pana o łaskę i miłosierdzie. Mimo zakończenia działań wojennych w Osetii, modlitwy nadal trwały. Nieprzerwana i pełna miłości modlitwa Oblubienicy, którą wojna i nędza przygotowały jak najlepsze kosmetyki, by była czysta i piękna, wypławiona jak złoto, przygotowana dla Niego. Istniało jedno tylko Imię, w którym położyliśmy nasze nadzieje i oczekiwania.

Duchowy fast ­food

Dziś Kościół nie może się obyć bez wielkich nazwisk. Powiedzieć, że na spotkaniu modlitewnym będzie tylko Jezus, oznacza, że zaproszonymi poczuje się tylko garstka, ale wystarczy rzucić dobrym nazwiskiem i mamy pewne tłumy chętnych do przeżycia Bożego błogosławieństwa, chętnych do skorzystania, jeśli to możliwe, z owoców wieloletniej modlitwy innej osoby. Ma to być coś w rodzaju duchowego fast foodu - pewnie i szybko.

Wolimy do wszystkiego dochodzić przez zdobywaną wiedzę, a nie przez poznanie, które może dać nam Pan. Ten sam problem miał kiedyś Adam, który był przekonany, że wystarczy sama wiedza z „drzewa poznania“. Ale kluczem do wszystkiego jest być blisko Pana, a to znaczy modlić się, i to nieustannie. Bóg dobrze wiedział, dlaczego ostrzegł Adama, że umrze, jeśli nie będzie Go słuchał. Ale przeciwnik zapewniał go, że po zdobyciu wiedzy będzie jak Bóg, i oto mija już sześć tysięcy lat i wszyscy nadal podlegli są śmierci, a nikt z ludzi nie jest jak Bóg. W podobną pułapkę wpada dziś wielu ludzi. Coś niecoś wiedzą, i to im wystarcza. Wierzą, że właśnie tak będą podobać się Bogu. Jak bardzo różnimy się od tego, co nazywali Kościołem nasi dziadkowie. Wydawałoby się, że dziś, by być dobrym pastorem, ojcem lub pracownikiem, wystarczy przeczytać dziesiątki psychologicznych książek i zrealizować setki planów. Dawniej musiały wystarczyć kolana i szczera modlitwa. Pan przemieniał serca prostych i wykształconych ludzi, i już się było dobrym ojcem, pracownikiem, pastorem.

Słyszę nieraz zachwyt w wypowiedziach braci, którzy uważają za objaw Bożego działania to, że uwielbianie trwa nieraz przez całe nabożeństwo, nie ma nawet czasu na kazanie. Ja uważam, że jest to raczej zapowiedź panowania cielesności w kościele i początek jego duchowego upadku. Świat lubi tańczyć, my jednak nie mamy polegać na nastrojach. Zgromadzamy się przecież nie po to, by jedynie słyszeć o Bogu, lecz aby dotarło do nas Słowo samego Boga, niezbędna jest do tego modlitwa i kazanie. Nie oznacza to wcale, że zaraz musi się zmniejszyć liczba osób uczestniczących w nabożeństwach, choć kościół, który będzie blisko Krzyża Jezusa, pogrążony w modlitwie za ginący świat, nie będzie najpopularniejszą instytucją w mieście.

 

Czas na Słowo i modlitwę

Na naszych nabożeństwach musi być czas na Słowo Boże i na modlitwę, nie wolno okradać ludzi z tego, co mają znaleźć w naszym zgromadzeniu. Nie możemy szukać objawów Bożego działania przez zamienianie kościoła w dyskotekę. Taki „kościół“ będzie dobrym miejscem dla egoistycznej młodzieży, ale starzy bracia i siostry odejdą ze złamanym sercem. Nie dlatego tak jest, że teraz jest nowocześnie. To nie ma nic wspólnego z nowoczesnością, to jest robienie innego kościoła. Duch Święty przyznaje się tylko do „starej“ Dobrej Nowiny. Objawem pełni Ducha Świętego w naszych zborach będzie młodzież, która będzie się modlić wytrwale i z Chrystusowym współczuciem.

Duch Święty jest Duchem modlitwy i tak będzie się w nas manifestował. Poprowadzi nas na pustynie, by pościć, by głosić Jezusa i być świętymi. Nie jest trudno uwielbiać, co stało się ostatnio wręcz nowym rodzajem służby, trudno jest być świętym i uwielbiać. Pan nas powołał do tego, byśmy byli jak On.

Nowicjusze gromią w niedzielę demony - nawet w braciach i siostrach oraz pod każdą ławką w kaplicy - a już w środę mają problem z odpowiedzią na proste pytanie, czy są zbawieni. Potrzebują oni podstaw nauki o modlitwie, krzyżu, krwi Baranka i Duchu Świętym. Mamy żyć naszą Biblią, nie własnymi jej interpretacjami zgodnymi z jakąś modą. Wykorzystajmy te „tłuste lata“ na właściwe przygotowanie samych siebie.

Bóg nigdy nie będzie współpracował z tym, co raz na zawsze odrzucił w ogrodzie Eden. Stary człowiek grzechu musi iść na krzyż. Post jest krzyżowaniem starego człowieka, modlitwa - wypuszczeniem na wolność człowieka nowego, często przygniecionego przez lata zaniedbań i beztroskich nabożeństw. Modlitwa jest posilaniem i podnoszeniem do życia tego nowego człowieka, by zawsze był gotowy świadczyć lub być zabranym wraz z Kościołem do Pana.

Nauczyciele, którzy przyjeżdżają do nas z bogatych krajów zachodnich, nauczają, by modlić się w danej sprawie jeden raz, bo dwa razy to już niewiara; ale niewiarą jest przestać pukać w Boże drzwi, zanim nie nadejdzie odpowiedź. Nie widziałem ani śladu ich nauki w krajach ogarniętych wojną i głodem, gdzie ludzie nie mają bieżącej wody, samochodu i nawet osła, są to jednak wspaniali święci. Żyją nie obietnicą bogactw i cielesnej radości, ale obietnicą Jego Królestwa i radości, która czeka na nas u Niego.

Oczywiście nie chciałbym, by Polska była doświadczona wojną, ale prawdą jest, że prześladowany kościół uczy się pokory, zaczyna dostrzegać, iż jego siła jest w Panu, Jezusie Chrystusie. Widać wtedy, że nie trzeba wiele, by być blisko Pana - modlitwa i Słowo Boże są wtedy jedynym, czego nam potrzeba.

Celem tego, co piszę, jest zachęcenie nas wszystkich do głębokiego przemyślenia, co naprawdę jest radością w naszym zborze: lekkie chrześcijaństwo, czy modlitwa i studiowanie Słowa? Gdy przychodzę rano na modlitwę do naszej kaplicy, mogę zobaczyć ludzi, którzy wierzą nieobłudnie, że On może..., bo - jak mawiał pewien nauczyciel – „świat jeszcze nie wie, co może człowiek pełny Jezusa Chrystusa“.